Ratujmy ostatnie „żelazka” !

Ostatnio prasa doniosła nam radosną wieść o tym, że nasza marynarka wojenna wreszcie wyzwoli się z „sowieckich” miazmatów, przeznaczając na złom przestarzałe okręty podwodne. Jeden ma pójść „na żyletki” w tym roku, a drugi już za rok, jak z entuzjazmem relacjonują dziennikarze. Skąd ta radość? Po co ten pośpiech?

W każdym państwie świata marynarze służący na okrętach podwodnych stanowią elitę, którą chlubi się ich marynarka i podziwia cały kraj. To starannie dobrani ochotnicy, ludzie gotowi ryzykować życiem nie tylko w potrzebie wojennej - podmorska żegluga nadal nie należy do zajęć całkowicie bezpiecznych, czego boleśnie dowiodła ostatnia katastrofa „Kurska”. Każdy kraj, który utrzymuje własne siły podwodne chwali się nimi, popularyzuje ich tradycje i szuka kandydatów na przyszłych członków załóg swoich okrętów podwodnych. Każdy, tylko nie nasz.

W dziejach Polskiej Marynarki Wojennej XX stulecia marynarze sił podwodnych zapisali chlubną kartę. Skazani na zagładę przez swoich nawodnych kolegów, których ewakuację ochraniali, zdołali uratować wszystkie swoje okręty, a dwóm udało się przejść do Anglii i kontynuować stamtąd walkę. Tam ich załogi stanowiły kadrę, dzięki której PMW zdołała obsadzić jeszcze trzy inne okręty podwodne: „Jastrzębia”, „Sokoła” i „Dzika”. Podwodniacy odnosili sukcesy, ale też płacili najwyższą cenę: z patroli nie powróciły „Orzeł” i „Jastrząb”.

Po wojnie w PMW zawsze były okręty podwodne. Zrazu jeszcze nasze stare przedwojenne - „Sęp” i trzy okręty typu „Wilk” - potem radzieckie „Malutkie”, średnie okręty podwodne typów 613 i 641, a w końcu jeden okręt typu 877E. Były czasy, w których każde polskie dziecko czytało „ORP Orzeł zaginął” Biskupskiego (był lekturą obowiązkową w szkole podstawowej), kto chciał mógł także przeczytać „Straszne bliźniaki”, „Peryskop w górę!”, czy „Torpedę w celu!”, mógł pójść do kina na „Orła”, czy „Ostatniego po Bogu” i zobaczyć jak wygląda okręt podwodny. A dzisiaj? Na ekranach może zobaczyć najwyżej jak scenograf wyobraża sobie wnętrze U-Boota albo amerykańskiego atomowego okrętu podwodnego. Ludzie w ogóle nie wiedzą, jak wygląda okręt podwodny, nie wiedzą, czym to się je, co może i do czego służy. Nie wiedzą nawet, że polsku „toto” nazywa się okręt podwodny, a nie łódź podwodna!

Amerykanie ukuli powodzenie „cicha służba”, ale chyba w żadnym kraju nie pasuje ono do rzeczywistości tak, jak u nas. Nasze trzy okręty są zamknięte na cztery spusty na Oksywiu i 90% zapytanych na ulicy w ogóle nie wie nawet, czy PMW ma jeszcze okręty podwodne! Jak to się stało, że z 18 okrętów (3 typu „Wilk”, 2 typu „Orzeł”, 1 amerykańskiego typu „S”, 2 brytyjskiego typu „U”, 6 radzieckiego typu „M”, 4 radzieckiego typu 613), które się przewinęły przez siły podwodne Polskiej Marynarki Wojennej, nie zachował się ani jeden? „Orzeł”, „Jastrząb”, „Sokół (I)” i „Dzik (I)” są nieobecne usprawiedliwione - zginęły w boju lub zostały zwrócone macierzystym marynarkom. A reszta? Reszta poszła pod palnik i to tak skrupulatnie, że poza małymi detalami (tu działo, ówdzie dzwon) nie zostało z nich nic. Gdzie kolejne pokolenia młodzieży mają się uczyć o odwadze i poświęceniu polskich podwodniaków? Dlaczego „cicha służba”, wśród której weteranów nie brakuje komandorów, admirałów i polityków milczała wówczas i dlaczego dziś, kiedy kolejnym dwóm okrętom podwodnym - „Wilkowi (II)” i „Dzikowi (II)” radzieckiego typu 641 - grozi haniebna zagłada pod palnikiem stoczni złomowej nikt nie protestuje i nie domaga się zachowania choć jednego jako pomnika elity marynarki? Dlaczego z kilkunastu niszczycieli, jakie miała nasza marynarka dwa z kolei zachowano jako pamiątkę narodową, a z okrętów podwodnych, których było więcej, ani jednego? Czy tylko dlatego, że admirałowie rzadziej zaglądali na ich pokłady?

Zmarnowaliśmy dorobek II Rzeczpospolitej w dziedzinie sił podwodnych. Poza „Orłem”, ze Szwecji i Anglii wróciły do kraju wszystkie przedwojenne okręty. „Wilka” po sprowadzeniu w 1952 roku do kraju na krótko udostępniono do zwiedzania - ale że był pamiątką po burżuazyjnej Polsce, także ten krok (we właściwym kierunku) nie mógł się długo utrzymać. Z tego samego względu również pozostałe dwa okręty tego typu po wycofaniu ze służby po cichu zezłomowano. Takie były czasy, nic na to nie poradzimy. Z „Sępem” była jednak inna historia. „Sęp” pozostał w służbie znacznie dłużej, wycofano go dopiero w 1969 roku, po 30 latach wiernej służby i jeszcze przez kilka lat niszczał, zanim spotkał go ten sam niezasłużenie okrutny los. Doprawdy trudno zrozumieć, czym się kierowano w początkach lat 70. złomując „Sępa”! Po co budowano kult „Orła”, przy każdej okazji podkreślając, że „Sęp” jest jego bliźniakiem, skoro przy pierwszej nadarzającej się okazji został zniszczony? W tym samym czasie „Burza” była muzeum, „Błyskawica” szykowała się do zajęcia jej miejsca - czy naprawdę nie można było zachować ostatniego przedwojennego okrętu PMW? A skoro już się nie dało - to czy chociaż nie można było zdemontować z niego kiosku i ustawić na nabrzeżu koło „Błyskawicy”, jako pomnika polskich podwodniaków? Jaki był sens niszczenia tej narodowej pamiątki? Czy naprawdę odzyskana z „Sępa” stal i armatura były ważniejsze od jego legendy? Znowu - nic na to już nie poradzimy.

Możemy jednak pytać: Jak długo jeszcze w podejściu do pamiątek narodowej kultury technicznej będziemy się kierować mentalnością kaprala o IQ równym 15? „Spisane ze stanu? To zniszczyć!”. Rozejrzyjmy się wokół - naprawdę nie trzeba daleko. Przyjrzyjmy się choćby państwom basenu Morza Bałtyckiego, naszym najbliższym sąsiadom. Jaki tam mają stosunek do swoich okrętów podwodnych? Ano, popatrzmy:

Szwecja, państwo neutralne, bez żadnej bojowej przeszłości w wojnie podwodnej - a ma trzy zachowane własne okręty podwodne i jeszcze rosyjską „613”. Finlandia - tradycji tyle, co kot napłakał, państwo od 1947 r. prawnie pozbawione możliwości posiadania sił podwodnych - a mimo to w Helsinkach stoi „Vesikko”. Rosja - jedyne nad wschodnim Bałtykiem państwo z jakimi takimi tradycjami w tej dziedzinie, za to lepiej nie zastanawiać się nad jego stanem finansowym. A mimo to tylko nad Bałtykiem mają dwa okręty nie tylko zachowane, ale dostępne do zwiedzania - „D-2” w Petersburgu i „B-413” typu 641 w Kaliningradzie (plus 10 innych w całości i kioski kilkunastu innych nad innymi morzami i w głębi lądu). W Estonii, kraju naprawdę małym i niebogatym, zachowano jeden z dwóch okrętów podwodnych, zakupionych w okresie międzywojennym. Co ciekawe, ich „Lembit” pochodził z tego samego okresu, co nasz „Sęp”, a mimo to przeżył i to w samym Złym Imperium! I jakoś sobie mała Estonia radzi z jego utrzymaniem i nie narzeka, że jej nie stać. Widać Estończycy nie mierzą narodowej tradycji ceną złomu. Niemcy - wiadomo, U-Booty. Tyle tylko, że chociaż tę wojnę przegrali, to mają w swoich muzeach kilkanaście (!) okrętów i pojazdów podwodnych z okresu od 1851 r. (drezdeński „Brandtaucher”) po lata 60. (dwa okręty typu 205), w tym U-Booty typu VII i XXI. I na koniec tej naszej tury wokół Bałtyku - Dania, mimo że neutralna, jak Szwecja, też ma dwa zachowane okręty podwodne.

Tylko Polska, Łotwa i Litwa nie mają nad Bałtykiem żadnego pomnika podwodniackiej chwały. Litwa nigdy nie miała okrętów podwodnych, to i czcić nie ma czego. Ma za to wspaniałą stronę internetową poświęconą historii... naszego „Orła”! Naprawdę warto zajrzeć pod adres http://www.fuw.pl/~janbart/AB/milton/main.html. Łotwa miała dwa okręty, ale im je Rosjanie wysadzili w powietrze w 1941 roku, więc są usprawiedliwieni. I jak my, z naszymi dumnymi tradycjami morskimi, wyglądamy na tym tle?

Oczywiście zaraz rozlegnie się chór głosów: „Człowieku! Ty wiesz ile to kosztuje? Kto za to zapłaci! Honor i tradycja nie dają pieniędzy w dzisiejszym świecie. To już lepiej pociąć i po kłopocie, a przy okazji zarobimy na złomie”. Nie wiem ile to kosztuje, ale wiem że na całym świecie ludziom opłaca się inwestować w zakup starego okrętu podwodnego i udostępniać go za niewielką opłatą do zwiedzania. Od Australii przez Indonezję po Brazylię i polarny Siewieromorsk można w tej chwili oglądać lub zwiedzać 316 całych i fragmenty dalszych 39 okrętów i wojskowych pojazdów podwodnych. Kiedy Rosjanie na początku lat 90. wyprzedawali swoje nadwyżki, fińska firma Subexpo kupiła na pniu kilkadziesiąt tych okrętów i teraz wypożycza lub sprzedaje je chętnym - i to na całym globie. Jej okręty ściągają rzesze zwiedzających od Ameryki, przez Skandynawię, po choćby małą Belgię. Jakoś im się to opłaca. Więcej - stare okręty podwodne stwarzają nowe miejsca pracy. Grupa bezrobotnych z Nakskov w Danii, zachęcona frekwencją w tego typu muzeach na świecie, napisała w 1991 roku list do Gorbaczowa z prośbą o przekazanie im radzieckiego okrętu podwodnego, żeby mogli go uratować od palnika i znaleźć pracę przy udostępnianiu go zwiedzającym. Myślicie Państwo, że Gorbi posłał ich do diabła? Nie, on im dał ten okręt! Dostali „S-359” typu 613, założyli U-Badsfonden (Fundację Okrętu Podwodnego) i do dziś mają pracę, a Nakskov - atrakcję turystyczną.

W odróżnieniu od Duńczyków nie jesteśmy narodem morskim i wiadomo, że morska atrakcja u nas sama się nie utrzyma. Ale czy naprawdę nie dałoby się - przy minimalnym nakładzie z kasy centralnej - zachować choć jednego z przeznaczonych na złom okrętów podwodnych, by upamiętnić bohaterstwo i poświęcenie polskich podwodniaków, jednocześnie pozwalając społeczeństwu poznać warunki, w jakich służyli i walczyli? Ludzie wychowani na amerykańskich filmach o atomowych „boomerach” nie mają pojęcia, jak się żyje na klasycznym okręcie podwodnym, jak wyglądają „gorące koje”, gdzie śpi podwachta w maszynowni elektrycznej, nie wiedzą nawet jak wygląda torpeda i jak trudno takie dwutonowe siedmiometrowe cygaro załadować z magazynu w przedziale torpedowym do aparatu. Pozwólmy im to zobaczyć na własne oczy. Pozwólmy naszemu krajowi znaleźć się na liście miejsc, gdzie dba się o zabytki podwodniackiej chwały. Zmarnowaliśmy już dość okazji, by tego dokonać. Skoro nie mamy własnych okrętów, zachowajmy choć którąś z jednostek typu 641 - jest na tyle stara, że jeszcze przypomina okręt podwodny.

Ratujmy ostatnie polskie „żelazka”, zanim będzie za późno. Jeśli osiągniemy choć odroczenie wyroku do chwili, kiedy może znajdą się chętni na przejęcie „Wilka (II)” lub „Dzika (II)”, to już będzie sukces.

Leszek Erenfeicht

 

Jeśli chciałbyś przyłączyć się do naszej akcji, wyślij kilka słów komentarza na adres: MiB@wolf.pl

 
Niebawem  |  Archiwum  |  Książki  |  Gdzie kupić  |  Reklamy i Ogłoszenia
  Zamówienia  |  Home  |  O firmie  |  Stopka