Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, był piękny zamek, w którym zgromadzono skarbów bez liku... Tak można zacząć wiele bajek i przynajmniej jedną prawdziwą historię, której początki sięgają rewolucji październikowej, a zakończenie być może zostanie dopiero napisane, bo do dzisiaj nie wszystkie pytania znalazły swoje odpowiedzi.
35 km na północny-wschód od Jeleniej Góry, nieopodal miejscowości Leśna, nad malowniczym jeziorem zaporowym, wznosi się wspaniały zamek Czocha, w którym jego ostatni przedwojenny właściciel, w zamaskowanym, pancernym pokoju, schował ogromne skarby. Przemyślny schowek na niewiele się zdał - tajemnica została zdradzona i skarby odkryto; pytanie tylko, czy wszystkie ?
Historia ukrycia i przywłaszczenia dzieł sztuki z zamku Czocha, jest powszechnie znana, nawet tym, którzy nie zajmują się zbytnio skarbowymi tajemnicami. Jednak gwoli wprowadzenia przypomnijmy kilka faktów.
Zamek Czocha został zbudowany w pierwszej połowie XIII w. z inicjatywy czeskiego króla Wacława II jako nadgraniczna warownia. Podobnie jak wiele innych dolnośląskich zamków, na przestrzeni wieków zmieniał właścicieli i stopniowo podupadał w ruinę. Przełom w historii Czochy nastąpił w 1909 r., kiedy to, za 1,5 miliona ówczesnych marek niemieckich, zamek nabył drezdeński przemysłowiec, baron Ernst von Gütschow, który niemal natychmiast po zakupie przystąpił do prowadzonej z ogromnym rozmachem przebudowy zamku. Zatrudnił Bodo Ebhardta, wybitnego architekta, specjalistę od rekonstrukcji średniowiecznych budowli; zapłacił 4 miliony marek, żeby po kilku latach szczycić się rezydencją, którą określano mianem bardziej średniowiecznej niż samo średniowiecze. Gütschow był bez wątpienia postacią nietuzinkową - właściciel koncernu tytoniowego, rzekomo skoligacony z Rockeffelerami i przyjaźniący się z rosyjską arystokracją; rozlubowany w dziełach sztuki, które kolekcjonował, urządził na zamku bibliotekę w stylu Tudorów zawierającą w swoich zasobach około 25 tysięcy tomów, w tym liczne białe kruki, zbierał broń, obrazy i... pamiątki po carach Rosji. Podobno opuszczając Czochę pod koniec wojny, baron miał uspokajać pozostającą na zamku służbę, że chociażby zamek splądrowali Rosjanie, to i tak nie zabiorą tego, co najcenniejsze...
Dolny Śląsk został zdobyty, a zamek ograbiony, ale największe skarby wyparowały pod koniec 1946 r.; ówczesny burmistrz Leśnej, razem z niemiecką bibliotekarką, która została na zamku i wskazała schowek, wywieźli po rozpruciu skarbca ciężarówkę skarbów do Czech. Drugą ciężarówkę zatrzymano na granicy, odstawiono do Jeleniej Góry, a jej zawartość zdeponowano w Archiwum Państwowym. Dzięki przeprowadzonej inwentaryzacji wiadomo, że były tam m.in. brązowe popiersia wszystkich carów Rosji, kilkaset ikon, kandelabry i nakrycia stołowe. Najciekawsze, że ta część skarbu również znikła, wraz człowiekiem, który jej pilnował.
Całą tą sensacyjno-skarbową historię opisał pod koniec lat pięćdziesiątych dziennikarz „Sztandaru Młodych” Krzysztof Kąkolewski, a uzupełnił i poszerzył, badacz zamkowych dziejów - Janusz Skowroński, który swoje ustalenia przedstawił w książce pt.: „Skarby III Rzeszy - tajemnice zamku Czocha”. Jednak to Kąkolewski, który jako pierwszy opisywał skarbiec, użył w stosunku do niego określenia - „pokój pancerny”. Zwrot się przyjął i zamkowi przewodnicy korzystali z niego opowiadając o skarbowych perypetiach. Szkopuł w tym, że tylko opowiadali, bo skarbca nikt nie był w stanie pokazać. Zamek w 1950 r. przejęło Wojsko Polskie, które od 1952 r. prowadziło w nim wojskowy ośrodek wypoczynkowy. Nie wiadomo kto, kiedy i dlaczego zlecił zamurowanie wejścia do skarbca i to na tyle skutecznie, że nie pozostawiono żadnych widocznych śladów.
Pancerny pokój wzbudzał wśród wielu poszukiwaczy zrozumiałe zainteresowanie. Wszyscy narzekali, że nie mogą obejrzeć skarbca, że zamek pozbawiony jest jednej z największych atrakcji, i na narzekaniach się kończyło. Dopiero Marek Dudziak, prawnik i poszukiwacz z Konina, jako pierwszy zaczął głośno mówić o przeprowadzeniu akcji eksploracyjnej, której celem nadrzędnym byłoby odnalezienie i udostępnienie pancernego pokoju oraz dodatkowo sprawdzenie kilku innych, ciekawych miejsc na zamku i w jego sąsiedztwie. Zostałem powiadomiony o terminie poszukiwań, zaproszony do wzięcia w nich udziału i sceptycznie nastawiony, w pierwszych dniach kwietnia bieżącego roku, pojechałem na zamek. Przyznaję szczerze, że nie do końca trafiały do mnie argumenty Dudziaka, że warto zapewnić zamkowi atrakcję turystyczną, ale z drugiej strony na korzyść przymawiały poszukiwania w innych miejscach, plejada dobrze znanych poszukiwaczy oraz ciekawość jak wygląda miejsce, w którym skarby leżały na podłodze.
Na poprzedzającej poszukiwania naradzie Dudziak rozdzielił zadania: - Panowie, zaczynamy jutro o dziewiątej. Janusz z wykrywaczem spróbuje namierzyć pokój, później do roboty bierze się ekipa budowlana. Georadarem i magnetometrem sprawdzimy kilka intrygujących miejsc, które zweryfikują jeszcze radiesteci. Jeżeli będzie coś podejrzanego robimy odwierty i wprowadzamy kamerę. Ekipa nurków zjeżdża do studni i sprawdza korytarz, który według relacji świadka znajduje się na osiemnastym metrze. Później, zależnie od postępów, ustalimy co dalej.
Rankiem następnego dnia, największe rozczarowanie przeżyli
nurkowie, gdy okazało się, że studnia „niewiernych żon”, w której mają
nurkować jest całkowicie sucha. Pomimo takich „utrudnień” podwodniacy
zainstalowali stanowisko zjazdowe przy studni i do jej wnętrza, dobrze
asekurowany, pofatygował się Barabasz. Nieżyjący już radiesteta, Henryk
Labiszak, w 1994 r. zjechał do studni i w trakcie wbijania jednego z haków
trafił na pustkę. Poszerzył otwór i spenetrował boczny korytarz, który miał 8
m długości i kończył się betonową zamurówką. Labiszak podjął próbę dalszej
eksploracji, która jednak nie powiodła się z powodu bardzo słabej wentylacji
tunelu i niebezpiecznego stężenia dwutlenku węgla.
Niestety, okazało się, że cała relacja radiestety była wyssana z palca; Barabasz nie miał najmniejszych wątpliwości, że w studni nie ma nawet śladu po jakimkolwiek odgałęzieniu, czy chociażby wtórnym murowaniu... Studnia jest sporą zagadką z innego względu; z planów pochodzących sprzed przebudowy wynika, że pierwotnie studnia była ulokowana na tym samym dziedzińcu, ale kilka metrów dalej. Jednak zasypano ją i wydrążono drugą. Pytanie tylko dlaczego, skoro kłopoty z wodą pozostały, a teoria, że ulokowanie studni z boku dziedzińca bardziej odpowiadało estetycznym gustom właściciela, jest odrobinę naciągana.
- Pokój pancerny został umieszczony w tym narożu zamku - jeden z miejscowych pokazał nam wystające z muru skały na niewielkim dziedzińcu okolonym drewnianą galeryjką. - To duże okno jest w pomieszczeniu, w którym powinniście kopać, ale te małe, strzelnicze, które widać nad skałami, nigdzie w środku nie wychodzi.
Ta sprawa interesowała mnie dużo bardziej niż kwestia
studni, bo Dudziak obsadzając eksploracyjne stanowiska przydzielił mnie do
ekipy budowlane
j,
a skoro mój i kamratów wkład miał polegać na poważnym wysiłku mięśni, to
woleliśmy dobrze się upewnić, w którym miejscu będziemy pożytkować
rozpierającą nas energię.
Pomieszczenie, pod którego posadzką miał znajdować się skarbiec, pełniło tymczasową funkcję składu materiałów hydraulicznych. Uprzątnęliśmy zawadzające rury oraz złączki i wpuściliśmy do akcji kolegę z profesjonalnym detektorem metali. Janusz właściwie nie musiał komentować wyników poszukiwań, bo dochodzące z głośnika sygnały doskonale wskazywały miejsce, w którym powinniśmy zacząć. Jakby tego było mało, wystarczyło przyjrzeć się posadzce z większej perspektywy, żeby dostrzec jej lekkie wklęśnięcie.
Pracując w czteroosobowej brygadzie błyskawicznie
zerwaliśmy parkiet i wykonaliśmy pierwsze odwierty. Za każdym razem wiertło
zatrzymywało się na głębokości ośmiu centymetrów, co pozwalało nam
przypuszczać, że trafiamy na metalową płytę. Młotowiertarka i zwykły, duży
młot, bardzo szybko potwierdziły nasze przypuszczenia; po rozbiciu fragmentu
betonowej posadzki odsłoniliśmy pierwszy z pięciu płatów metalu (długość ok.
50 cm, szerokość ok. 15 cm), które położono przed wylaniem posadzki. Trochę
gimnastyki z łomem, żeby podważyć i wyłuskać żelastwo. Później powiększyliśmy
otwór wejściowy i już za chwilę mogliśmy oglądać, a nawet dotykać, to co przez
wiele lat było miejscem legendarnym.
Niesamowite wrażenie. Pancerne drzwi, o grubości 33 cm, są
otwarte, pokryte cienką warstwą rdzy, z dużym kwadratowym otworem wyciętym
palnikami. Skarbiec jest łukowato sklepiony, ma 3, 20m długości, 2, 20m
szerokości i 2, 60m wysokości. Na posadce, wyłożonej kamiennymi płytami, widać
ślady działalności poszukiwaczy - ktoś zerwał dwie płyty, próbował wiercić.
Oczywiście po skarbach nie ma najmniejszego śladu. Oprócz
wnętrza skarbca i drzwi, możemy raczyć wzrok dwoma skrawkami polskiej gazety i
pustą butelką po winie marki Wermut, ale pomimo tego emocje towarzyszące
odkryciu są ogromne. Każdy z nas w podnieceniu wymieniał pierwsze
spostrzeżenia i uwagi, a później musiał wędrować na górę, żeby zrobić miejsce
dla innych poszukiwaczy i gospodarzy zamku. Chyba każdy poszukiwacz jest
człowiekiem o dużej wyobraźni i wyostrzonym zmyśle obserwacji, dlatego
hipotezom nie było końca. Jedni sugerowali, że to wojenna prowizorka, bo tak
skarbców się nie robiło, drudzy przekonywali, że wycięty palnikami otwór
wykonano w celu zatarcia śladów, bo tak drzwi nie można było otworzyć, a
jeszcze inni optowali za rozwiązaniem, że ten skarbiec miał tylko odwrócić
uwagę od innej, zasobniejszej skrytki, która być może czeka jeszcze
nietknięta...
Po pewnym czasie, ta barwna, eksploracyjna debata zrobiła
się odrobinę nużąca, dlatego cała nasza ekipa budowlana zajęła się
poszukiwaniami otworu strzelniczego, który był dostępny tylko z zewnętrznej
elewacji zamku. Pierwsze, pobieżne pomiary wykazały, że strzelnica powinna
znajdować się już pod posadzką hydraulicznego składu. Usunęliśmy gruz z
przedsionka wiodącego do skarbca, trafiliśmy na malutkie, kamienne schody,
którymi pierwotnie schodziło się na dół, ale po okienku nie było śladu.
Powtórzyliśmy pomiar, tym razem podchodząc do tematu drobiazgowo i okazało
się, że strzelnica powinna być jednak tuż nad posadzką.
Już pierwszy odwiert w
wytypowanym miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę. Ponownie w ruch poszedł
młot i po kilku uderzeniach kolejny element skarbowej układanki wskoczył na
miejsce, a strzelnica dosłownie i w przenośni rzuciła snop światła na
tajemnicę maskowania pancernego pokoju.
Najprawdopodobniej wyglądało to tak, że po zbudowaniu
pokoju pancernego i pracach adaptacyjnych, okienko, które pierwotnie
znajdowało się tuż nad schodami, znalazło się na poziomie podłogi i w celu
ukrycia całości zostało zamurowane. Podobnie, ścianką działową, zamaskowano
sklepienie skarbca, które wystawało ponad poziom posadzki na wysokość metra.
Już
za ścianką, na sklepienie skarbca nasypano sporo gruzu i całość rozmyła się w
zamkowych zakamarkach. Gdyby bibliotekarka nie zdradziła sekretu skarby do
dzisiaj mogłyby leżeć bezpiecznie...
Pozostali poszukiwacze mieli miej szczęścia i pomimo użycia
skomplikowanej aparatury oraz kilku próbnych odwiertów nie znaleźli żadnych
innych ukrytych pomieszczeń. Była to więc weryfikacja negatywna, co nie
znaczy, że czegoś nie przeoczono. Włodarze zamku Czocha zapewniają, że teraz
pancerny pokój będzie największą zamkową atrakcją i na pewno zostanie
udostępniony turystom. Marek Dudziak, organizator całego zamieszania jest
usatysfakcjonowany z przebiegu prac, efektu końcowego oraz współpracy ze
służbami konserwatorskimi i gospodarzami zamku - bez których poparcia i
przychylności cała akcja nie byłaby możliwa. Eksploratorzy uważają, że takie
bezinteresowne poszukiwania przynoszą korzyść całemu środowisku, które aż
nazbyt często przez różne „oficjalne czynniki” jest postrzegane negatywnie, a
po za tym niosą za sobą możliwość dalszych poszukiwań na zamku. Dlatego,
reasumując - żaden skarb nie został przez nas znaleziony, ale sukces jest
naprawdę duży.
Tekst i zdjęcia: Radosław Biczak
![]()
Niebawem
| Archiwum
| Książki
| Gdzie
kupić | Reklamy
i Ogłoszenia
Zamówienia
| Home
| O
firmie | Stopka